A Święta coraz bliżej.

Nie wiem dlaczego, ale koniec roku nastraja mnie do tego, aby podsumować jakoś te 12 miesięcy i zrobię to, ale najpierw trzeba pójść 18. XII 2003r. ostatni - trzydziesty piąty raz na oddział neurologii dziecięcej w szpitalu im. Marciniaka przy ulicy Traugutta we Wrocławiu i w ramach akcji "PAJACYK" zanieść maskotki pod choinkę, a tym samym spełnić swój obowiązek. Na przygotowanie ich miałam z Mamą dużo czasu, gdyż tydzień temu zmogła mnie choroba i nie byłam na oddziale. Przez 5 dni siedziałam w domu, łykałam atybiotyk, bo zapalenie krtani okazało się silniejsze. Już nie będę mówiła skąd to się wzięło, ale nie żaluję chodzenia w deszczu do Ady, która jest już po przeszczepie w szpitalu kolejowym.

Na dodatek Piotrek też się rozchorował i dzisiaj nie mógł pójść. Poprosiłam więc sąsiadkę Alinę, aby pomogła nam z Mamą dojść do szpitala z pełnymi torbami dużych maskotek, samochodów, nowych książek i lalek oraz słodyczy. Chwilami sama się dziwię, że udało mi się tyle zebrać (tydzień temu Piotrek podrzucił Joasi łańcuchy i ozdoby na choinkę). I tak oto nadszedł ten przedświąteczny czwartek, na który bardzo czekałam, bo po areszcie domowym wyszłam na powietrze. Powiem szczerze, że stęskniłam się za Joasią psycholog, bo dawno z Nią nie rozmawiałam. Zrobiłam jeszcze życzenia dla personelu i zabrałam opłatek, aby się z każdym przełamać. Pogoda nam dopisała, bo po dwóch dniach zimy przyszła wiosna i zaświeciło słoneczko. Ledwo zeszłam po schodach i kręciło mi się w głowie.

Na miejscu byłyśmy przed godziną 14.00. Ale ładna, kolorowa choinka! I tu wspomnienia wzięly górę. Rok temu drzewko ubierałam razem z dziećmi, a w sali leżała moja Ada. A teraz jest w innym szpitalu i czuje się samotna.

Miałam przy sobie czapkę i brodę Mikołaja. Kochana Joasia pięknie to wszystko zorganizowała, bo Kasi Wychowawczyni niestety nie było. Wyznaczone dwie dziewczynki wręczyły mi zrobione własnoręcznie życzenia od małych pacjentów z oddziału, a potem mi pomagały. Miłe to było dla mnie, gdyż dzieci są po prostu szczere. Od Joasi dostałam ładną szkatułkę i śliczny naszyjnik z perełek. Włożę go na Wigilię. Na razie ubieram czapkę i brodę i do pracy święty Mikołaju. Biorę po parę maskotek i krążę po pokojach. Maluszki biegną za moim wózkiem i kłócą się o samochód. Joasia musi godzić. Coś taka jestem nieswoja. Chyba po tej chorobie. Za dużo krzyku i ludzi. Nie było problemu z rozdaniem, bo wszystko w mig się rozeszło. Słodycze i gumy poukładałyśmy na talerzach i dzieci sobie brały.

Przyszedł czas na opłatek i życzenia. Razem z Joasią zawiesiłam te swoje komputerowe na tablicy, a potem z każdym łamię się opłatkiem i życzę wzystkiego najlepszego. Chyba mnie tu lubią, bo zapraszają w przyszłym roku. Na końcu Joasia składa nam życzenia, a mi przeszło przez głowę takie pytanie: "Czy jesteś ze mnie zadowolona" . Starałam się jak najepiej. Zawsze mam takie wrażenie, że mogłam to wszystko lepiej zrobić.

Do domu wróciłyśmy późno, ale z uczuciem lekkości i z pustymi torbami. Nie to jest jednak najważniejsze, a fakt, że kolejny raz udało mi się sprawić komuś radość, zniwelować chociaż odrobinę ból, cierpienie, poczucie bezsilności wobec choroby. Teraz mogę spokojnie usiąść do wigilijnego stołu i wraz z Rodziną zanucić jakąś kolędę, gdyż zrobiłam to, co do mnie należało.

WESOŁYCH ŚWIĄT ! ! !

- Kasia -

Wrocław, dn. 18. 12. 2003 rok.