Ada, to nie wypada...

Oto słowa znanej nam dobrze piosenki. Ja też poznałam taką małą Adę, o której teraz chciałabym Wam opowiedzieć. Posłuchajcie uważnie, bo to niesamowita, ale prawdziwa historia:

Dnia 05. 09. 2001 r. pojechałam z nową porcją zabawek na oddział neurologii dziecięcej w szpitalu im. Traugutta we Wrocławiu w ramach akcji "PAJACYK". Między obdarowanymi przeze mnie dziećmi znalazła się jedenastoletnia dziewczynka z Domu Dziecka w Cieplicach cierpiąca na rozszczep kręgosłupa. Dałam Jej wtedy maskotkę, książeczkę i odeszłam. Nie przypuszczałam, że za parę tygodni nawiążę z Nią bliższy kontakt. Stało się jednak inaczej...

W dniu 14. 09. 2001 r. pojechałam już po raz ósmy na oddział z kolejnymi zabawkami dla moich podopiecznych maluchów. Najpierw jednak skontaktowałam się z Panią psycholog, aby spytać się, czy mogę przyjść. Tak, ale ma do mnie prośbę: chciałaby, abym napisała krótki list właśnie do tej małej Ady, z którą nie może sobie poradzić. Dziewczynka nie chce się pogodzić z chorobą, a wózek inwalidzki napawa Ją strachem. Po prostu pragnie dalej normalnie chodzić i biegać jak dawniej. Za dwa dni jedzie na rehabilitację do Trzebnicy.

Nie bardzo wiedziałam, czy sobie poradzę z tym zadaniem, ale już za parę godzin znalazłam się z listem i misiem w ręku przy łóżku małej Ady....

I wtedy stało coś, co mnie zaskoczyło: dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, przeczytała list i zaczęłyśmy rozmawiać jak dwie stare znajome. Okazało się, że mamy dużo ze sobą wspólnego. Chociażby takie rzeczy jak operacje, ból przy zrywaniu plastrów i karmienie białych myszek w trzebnickim sanatorium. Wymieniłyśmy sobie nasze adresy. Niestety czas szybko mijał i trzeba było wracać. Przy pożegnaniu zobaczyłam w niebieskich oczkach Ady prawdziwe łzy....

Nie wiem, czy Ją jeszcze kiedyś zobaczę, ale to zdarzenie, które tu opisałam jest dowodem na to, że mój wysiłek włożony w akcję "PAJACYK" nie idzie na marne i może pomóc chorym dzieciom, których niestety jest tak wiele wokół nas.

- Kasia -